Start Kultur Krakauer Poesie Salon Wieczór trzydziesty drugi

Menu

Newsletter












Benutzer

Wir haben 17 Gäste online


Wieczór trzydziesty drugi

Die Seite ist im Umbau.


Ci, którzy pamiętny grudniowy wieczór z poezją Słowackiego sobie odpuścili, do dziś pewnie nie mogą sobie darować tej nieobecności. Tym bardziej, że wieczór ów już dorobił się swoistej legendy. Jeszcze ciągle słyszymy głosy oczarowanych jego magią słuchaczy, dość zgodnie przeświadczonych, że dane im było uczestniczyć w jakimś nieziemskim misterium. I kto by pomyślał, że tak się stanie, że wiersze „staroświeckiego” poety w wykonaniu starszej pani wspierającej się na lasce zdołają wyzwolić w słuchaczach aż tyle wzruszeń!!!

Właściwie gwarantem sukcesu 31 Salonu dla większości obecnych na nim gości był nasz wierny przyjaciel i niezrównany skrzypek Adam Musialski, zawsze towarzyszący nam w momentach wyjątkowych. Danutę Michałowską bardziej ze słyszenia niż z autopsji znała skromna raczej część publiczności. Uprawiany przez nią typ teatru, oparty na bezwzględnym zaufaniu do słowa, przez wielu został uznany za przebrzmiały i mało współczesny. Wielka aktorka dowiodła, jak bardzo niedorzeczne są te opinie. Spektakl, który razem z Adamem Musialskim stworzyła, wyzwolił tak silne wzruszenia i przeżycia, że w oczach wielu obecnych zajaśniały prawdziwe łzy. Każde z wypowiedzianych tego wieczoru słów, każdy z dźwięków błyszczał jak najszlachetniejszy brylant...

Jeśli, jak twierdził Arystoteles, podstawowym powołaniem sztuki jest budzić i umacniać to, co głęboko ludzkie, poprzez estetyczne przeżycie doprowadzenie do tzw. katharsis – to właśnie takiego „oczyszczenia” doznali uczestnicy 31 Salonu. A i sama Danuta Michałowska nie kryła radości ze spotkania z wyjątkową oświęcimską publicznością, wyraźnie zaskoczona owacyjnym przyjęciem, jakie jej ta publiczność zgotowała i niezwykłą aurą, która podczas całego wieczoru panowała. Oczywiście ogromna w tym zasługa i maestro Adama Musialskiego, który choć ze swą salonową partnerką spotkał się po raz pierwszy niedługo przed rozpoczęciem wieczoru, idealnie zharmonizował muzykę z poetyckim słowem, co ogromnie wymagająca artystka szczególnie wysoko oceniła, nie mówiąc o zachwyconej publiczności.

A dziś długo oczekiwany salon z udziałem niewymagającego chyba żadnych rekomendacji Krzysztofa Kolbergera, który czytał będzie wiersze swego przyjaciela – warszawskiego poety Macieja Krzysztofa Dąbrowskiego, który zasiądzie przy naszym, mającym już też swoją legendę, pianinie „z duszą”, a cały program swym wokalnym kunsztem ozdobi „nasz” Marcin Domarzewski.
Niech będzie nam wolno w tym miejscu podziękować pani Ewie Bielańskiej, dzięki staraniom której do tego spotkania doszło.

m k d


m k d - w taki sposób najczęściej bohater dzisiejszego wieczoru - Maciej Krzysztof Dąbrowski – podpisuje swe teksty. Raczej niechętnie mówi o sobie – na okładce wydanego w 2009 roku tomu „Romantica” czytamy: humanista (po studiach artystycznych), kompozytor, aranżer, pianista i dziennikarz, członek rzeczywisty i zwyczajny ZAKR -u i ZAiKS – u...

W jakiś sposób ta niechęć do obszerniejszych zwierzeń na swój temat określa istotę jego artystycznej działalności. „m k d” tworzy bowiem przede wszystkim dla wszystkich tych, którzy na co dzień potrzebują obcowania ze sztuką. Sztuką, dodajmy, która wychodzi im naprzeciw, która jest darem, jaki ofiaruje przygodnym nawet przechodniom jej twórca, nie oczekując właściwie niczego w zamian. Nawet tego, by obdarowani zapamiętali sobie jego nazwisko. Trudno o bardziej szlachetne intencje, jakimi może kierować się artysta!

Szlachetność „m k d” polega nie tylko na tym, że swym odbiorcom ofiaruje tylko to, czym ich sympatie mógłby sobie kupić, przeciwnie często w swych wierszach i pracach dziennikarskich potrafi pokazać ostry pazur, sieknąć boleśnie satyrycznym batem, potrząsnąć mocno niejedną zadufaną w sobie figurą. Paradoksalnie – właśnie i za to nie sposób go nie lubić.

Częściej jednak „ m k d” jawi się jako mężczyzna o nader marzycielskim usposobieniu, czuły i wrażliwy. „Programowo staroświecki”, bo jego wiersze nie epatują czytelników wymyślnymi artystycznymi eksperymentami, nie gonią za wszelką cenę za oryginalnością formy i treści, jest gentelmanem w każdym calu. Zwłaszcza, gdy z niebywałym taktem i kulturą mówi w swych wierszach o miłości, o swym zachwycie dla kobiecej urody, wdzięku i zmysłowości. Erotyki „m k d” nawet te śmielsze, wolne od przesadnej pruderii (zebrane m. in. w cyklu „ Frywo – netki”), znakomicie dowodzą, że o „tych sprawach” mówić można otwarcie, ale z rzadkiej klasy kulturą, elegancją. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wielu twórców postępuje zupełnie na odwrót, jest to szczególnie cenne. Tym bardziej, że osadzone są owe wiersze w konkretnej rzeczywistości, stworzonej przez konkretne sytuacje, zdarzenia, ludzi…, choć ta rzeczywistość postrzegana jest jakby przez subtelną mgiełkę marzenia, snu, magii, która sprawia, że nawet to co wydaje się być trywialne i dosadne, takim być przestaje. Ta nie do podrobienia nuta nostalgii, zadumy, nieco powściągliwego zachwytu sprawia, że z tą poezją przenosi się czytelnik w świat niby dobrze sobie znany (a zatem „swojski” i bezpieczny), a jednak niezwykły. Czyż nie takich wierszy, zwłaszcza dziś, potrzebujemy?

Jest w utworach „m k d” bardzo dużo muzyki, czemu dziwić się nie sposób – wszak to także zapalony muzyk. Są śpiewne, melodyjne, rytmiczne, wiele z nich to po prostu teksty piosenek, które na ich kanwie powstają. Jako tzw. „tekściarz” należy „m k d” niewątpliwie do niestety wymierającego już gatunku twórców, których utwory zawsze niosą jakieś istotne przesłanie, są o czymś, co istotne dla każdego z nas, a przy tym mają nienaganną formę i wyśmienite brzmienie. I wreszcie Maciej Krzysztof Dąbrowski, choć pełen skromności i pokory wobec tego, co robi, jest zawsze otwarty na dialog ze swymi coraz liczniejszymi odbiorcami. Na stronie internetowej wierszemkd.pl każdy z gości wyrazić może opinię o zamieszczonych tam utworach, a nawet podjąć dialog z ich autorem. To pewne, że po dzisiejszym wieczorze strona ta wizytowana będzie o wiele częściej.

Krzysztof Kolberger

Krzysztof Kolberger
Mój Boże, któż nie pamięta tych letnich dni sprzed lat, gdy tuż przed dwunastą w południe cała niemal Polska zamierała, gdy on czytał „Strofy dla Ciebie”?!
Jako jeden z pierwszych u nas poezji nie recytował, a po prostu nią mówił, jakby wiersze Mickiewicza, Leśmiana, Tuwima czy Wojaczka w obecności zachwyconych słuchaczy stawały się po raz pierwszy… Był już wtedy bardzo znanym i popularnym aktorem – przede wszystkim aktorem Hanuszkiewicza, który kierował warszawskim Teatrem Narodowym. Stworzył w nim swe legendarne już dziś kreacje (m.in. tytułową w „Wacława dziejach” Garczyńskiego, Zana w „Mickiewiczu” , Konrada w III cz. „Dziadów”, Papkina w „Trzy po trzy” wg Fredry i in.). Z teatrem nie rozstał się nigdy występując, po odejściu z Narodowego w 1982 r. na renomowanych scenach stołecznych (Teatr Współczesny, Dramatyczny, Studio, Ateneum), ale pociągał go również film, tym bardziej, że zapraszali go do współpracy twórcy tej miary, co Krzysztof Zanussi („Kontrakt” 1980 r.), Kazimierz Kutz („Na straży swej stać będę”, 1983 r.), Leszek Wosiewicz ( „Kornblumenblau” 1988 r. i „Kroniki domowe” z 1997r.), Barbara Sass („Dziewczęta z Nowolipek” i „Rajska jabłoń” z 1985 i 86 r.), Andrzej Barański („Dwa księżyce” 1994 r.) i wielu innych. Jako aktor absolutnie wszechstronny nie gardził też telewizją i wielu pamięta jeszcze jego genialnego Romea w inscenizacji tragedii Szekspira Jerzego Gruzy z 1974 r., gdzie partnerował Bożenie Adamek. Nie unikał też K. Kolberger repertuaru „lżejszego” (seriale „Kuchnia polska” J. Bromskiego czy „Ekstradycja” w reż. W. Wójcika). Oczywiście cały czas współpracował i robi to nadal, z radiem. W latach 80-tych spróbował swoich sił także jako reżyser teatralny i to w tak trudnych obszarach jak teatr muzyczny. I tu odniósł ogromny sukces – m. in. wrocławska inscenizacja „Krakowiaków i górali” W. Bogusławskiego z 1992 r. została przeniesiona na deski Teatru Wielkiego w Warszawie.

Pomimo tak rozlicznych zainteresowań, pozostaje Krzysztof Kolberger – bez przesady jednym z największych polskich aktorów – artystą szczególnie bliskim szerokim rzeszom zwykłych odbiorców, a nie tylko koneserów sztuki. Jest w nim jakaś szczególna magia, która ludzi do niego przywabia. Nie, nie rzuca na kolana, lecz pociąga za sobą w sferę piękna i dobra. Poczujemy tę magię z pewnością dziś. A niesytych wrażeń zapraszamy na świetny spektakl w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie pt. „Łucja Szalona” D. Nigro w reż. M. Piekorz – jednym z głównych jego atutów jest rola J. Joyce`a w wykonaniu wielkiego Krzysztofa Kolbergera.

Marcin Domarzewski

Marcin Domarzewski
Jeden z tych oświęcimian, którymi przed światem chcemy się pochwalić. Na co dzień nauczyciel muzyki, ale jego uczniowie zgodnie twierdzą, że to ktoś więcej niż tylko nauczyciel… Zajmuje się muzykoterapią, ale jego podopieczni jak jeden zarażają się od niego prawdziwą pasją. Fantastycznie śpiewa, eksperymentując z różnymi rodzajami muzyki. Sam komponuje i pisze teksty…
Sami zachodzimy w głowę, jak to się stało, że na Salonie wystąpi dziś po raz pierwszy i mamy nadzieję, że nie ostatni.

 

IMG_1592 IMG_1596 IMG_1600 IMG_1736 IMG_1743 IMG_1753 IMG_1764 IMG_1768 IMG_1772 IMG_1782 IMG_1799 IMG_1827 IMG_1829 IMG_1851 IMG_1856 IMG_1871

 

Zatrzymaj w sercu
Wiersz napisany specjalnie z myślą o oświęcimskich spotkaniach z poezją.

Sen o salonie...

Miałem sen...

senny bardzo...
sam bym takich snów się po sobie nie spodziewał... ..
... ... ... ... ... ... ..
wiersz czytając, w salonie ... panów pełnym i pięknych pań -
stałem jak pośród róż...

... a w me śniące, lśniące z ogłupienia - zachwycenia oczy
zaglądały... ... .
Anna... ...
... ... . Dorota... ... .
... ... ... ... ... Ewa... ... ... ..

... Zaglądały... ... .
ach! jakże One zaglądały...
sam bym takich snów się po sobie nie spodziewał... ..

... . i tak prosto w oczy zaglądały... ...
ach! ... . te oczy miały pełne snów...

a mnie było ... dobrze było tak
... .. tak jakby ... jakby bliżej nieba...

... ... ... W salonie stałem
pośród róż... ... co za sen... ..
sam bym takich snów się po sobie nie spodziewał... ..

... miałem wybór ...?
gdy śród pięknych pań i panów stały tuż... .
Anna... ...
... ... . Dorota... ... .
... ... ... ... ... Ewa... ... ... ..?

... i tak bardzo starałem się
... ostatkiem sił ... nie obudzić ze snu, co mnie snem owiewał... ..

... ... ... aż nagle usłyszałem Leszka...
tego (!) Leszka D. ... poetyczny, a tak męsko prozaiczny
niezapomnianego Leszka mówił głos:
Zbudź się, Stary ... wszyscy poszli już... ... ... ... ... ... ...???
... a ja też nie będę wiecznie
stał ci tu... i ziewał... .

_______________________________________mkd___I.2008___All right reserved!
Zuletzt aktualisiert am Dienstag, den 02. März 2010 um 10:51 Uhr
 
art_symbol